sobota, 10 stycznia 2009

samedi

Ponad miesiąc temu zakończyłem swój mało werbalny "związek" z b. i  z tej racji zmieniam język nagłówków w moich notatkach. Okazuje się, że wolę wszystkie konotacje związane z francuskim od jakichkolwiek wspomnień związanych z hiszpańskim. 

Niecały tydzień temu opuściłem po raz kolejny dom rodziców i trzy tygodnie totalnej beztroski, braku wszelkich zmartwień i myśli o moich nieciekawych przygodach, jakich dostępuję 1300 kilometrów z dala od nich. Nie zdziwiło mnie, że pierwsze dwa dni były dla mnie uosobieniem głębokiego rozczarowania swoim życiem tutaj. Ale kiedy po trzecim dniu nic się nie poprawiało, m. wzięła mnie pod rękę i pojechaliśmy napełnić  żołądki poprawiającym nastrój, meksykańskim jedzeniem. Kiedy quesadilla nie pomogła, przeszliśmy przez ulicę "na drinka". Drink zamienił się w dzbanek z drinkiem, a ten z kolei zamienił się w następny. Jedyne co dostałem od tych dzbanków z drinkami to ciężki pęcherz i ochota na więcej. Nie odpuściliśmy. Pojechaliśmy po wódkę, której skosztowaliśmy niewiele poźniej, niemalże do końca. Następną pozycją na poprawienie nastroju była impreza. Dwie taksówki poźniej byliśmy już w klubie, gdzie poza nami plątało się innych pięć osób. Czy ludzie już nie imprezują w czwartki? Czy ja i m. jesteśmy jedynymi osobami, które topią swoje zawody w alkoholu i beztroskiej zabawie? Następny krok był oczywisty - zmiana klubu. Ten z kolei był aż nadto zatłoczony. Ludźmi, którzy o słowie charyzma chyba nawet nie słyszeli. Nieciekawa szara masa. Pare drinków poźniej i pare taksówek poźniej wylądowaliśmy w moim pokoju, w moim łóżku z wódką i rozmowami o beznadziejnym życiu i zawodach miłosnych, które zostawiają okruch żalu i pieczęć na sercu do końca (?) życia. Kiedy ilość łez była proporcjonalna (a może i równa) ilości wypitego alkoholu, zegarek ostrzegał że za 3 godziny należy wstać i jechać doświadczyć na skórze kolejnej porażki życiowej - wizyty w college'u. Mieliśmy wybór. Przeczekać te trzy godziny na druzgotających rozmowach i uniknąć wyglądania jakbyśmy nie spali całą noc, albo przespać te trzy godziny i emitować opary alkoholu cały dzień w college'u. Siłą rzeczy i zmęczenia wybraliśmy drugie.

W takiej sytuacji nie było dobrego wyjścia, kolejny dzień był przeciwieństwem minionej nocy. Nadal trochę pijani, lub wyjątkowo skacowani, następnego dnia wyśmiewaliśmy wszystko, co nam przed oczyma stanęło. Wszystko oprócz samych siebie, podczas gdy właśnie my byliśmy obrazem nędzy i rozpaczy. Podczas lunchu chyba zrozumieliśmy, że nie wypada nam się tak kompromitować na oczach profesury i rówieśników, więc zawinęliśmy manatki. Krótka droga do sklepu i długa rozmowa przy tonach jedzenie w przenikającym mrozie. Kolejny znak, że trzeba zniknąć publice z oczu. m. slalomem udała się na rowerze do siebie, ja autobusem do siebie. W domu pół odcinka 'Sex & the City' i pierwsza poprawna decyzja - przespać się godzinkę i odzyskać siły.

Obudziłem się dopiero dzisiaj rano. To mój sposób na nieudane zabijanie negatywnych myśli i na leczenie kaca. O ile sposób na to drugie jest wyjątkowo skuteczny, pierwszego nigdy chyba się nie nauczę. I w tak prosty sposób znowu wpadłem w swoją rutynę życia zdala od domu. Chociaż nie udało mi się pogromić żalu, jakim mnie przepełnia odcięcie pępowiny, w pewnym stopniu na następnych pare godzin wiem po co tu jestem. m. pewnie już wzięła się za coursework'i, aplikacje na uniwersytety itd. To jej sposób. Mój będzie kazał mi zadzwonić jeszcze na 2 godziny do mamy, obejrzeć kilka odcinków 'Seksu...', bedac juz podszytym poczuciem winy. Po czym po poludniu wreszcie poszukam uniwerków i wezmę się do pracy. Taki chyba już jestem. Żałuję tylko, że nie mogę przespać aż do początku half term'u. 

w.

Brak komentarzy: